Bar (28)
Przychodzą,
cały czas przychodzą, nigdy nie odchodzą.
Siadają przy pustych stolikach,
byle tylko byli sami.
Zamawiają złocistą gorycz,
transparentny smutek,
kolorowe koktajle lęków.
W siwym dymie milczenia zapominają, kim są.
Przychodzą do mojej głowy,
darmowego baru utrapień.
Przy jednoosobowych stolikach,
czekają, aż do nich podejdę...
Zamawiają i zapominają,
kim są,
po co przyszli,
dlaczego nie chcą odejść.
Nie mogę już patrzeć na ich zamazane twarze,
gapiące się na mnie zamiast na kieliszek,
tak jakby ich wzrok z rozszerzonych źrenic,
mógł znaleźć we mnie każdą odpowiedź.
Nie - tej knajpy nigdy nie zamykamy...
Nie - nikt was stąd nie wyrzuci...
Nie - nie musicie płacić...
Nie - nie jesteście tu mile widziani...
Ponure zakątki mojej głowy,
już są dawno przepełnione.
Cień i dym przyszli w pierwszej kolejności,
potem była cała reszta myśli i uzależnień.
Nie potrafię powiedzieć im,
że nie ma już wolnych miejsc,
bo zawsze znajdzie się jeszcze,
jakiś wolny pojedynczy stolik.
Tyle im wystarczy - stolik i gapienie się na mnie,
jak krążę między nimi, jak ich obsługuję,
cała biała naga zimna z nadzieją,
że w końcu sobie pójdą...
Głupia jestem - jak mogę tak mówić,
przecież to moi goście,
moje kochane demony,
piją za moje zdrowie, 100 LAT...
100 lat.